sobota, 1 kwietnia 2017

Rozdział XXII

            Emily od kilku godzin znajdowała się w szarym budynku. Siedziała na niewygodnym łóżku i wpatrywała się w ścianę znajdująca się na wprost. Była poirytowana tym, że zgodziła się pójść na odwyk. Bała się powrotu koszmarów, które nękały ją, zanim znów zaczęła brać. W jej umyśle panował niezwykły chaos. Mętlik, nieład myśli, które momentami przysłaniała pustka. Używki powoli zaczynały opuszczać jej organizm. Było jej zimno i gorąco w tym samym czasie. Zmęczenie, ukazane przez podkrążone oczy, dawało się coraz mocniej we znaki. Słone kropelki potu sporadycznie pojawiały się na skórze. Czuła się osaczona ze strony czterech ścian.
- To dla niej. - powiedziała. - Robię to wszystko dla niej.
Przez jej głowę przechodziły różne niewygodne myśli. Wiedziała, że musi znieść tę katorgę dla Ann. Tylko to mogło ocalić ich przyjaźń, która była dla Emily niczym wynurzająca się kotwica, którą kurczowo trzymała, będąc na samym dnie.
- Jeśli się uda... - powtarzała. - Wybaczy mi.
Angela zawsze była dla niej największym wsparciem. Em nigdy jej tego nie powiedziała. Sądziła, że jest to niepotrzebne. Nie w jej stylu było mówienie o uczuciach. Żyła w przekonaniu, że szatynka o tym wiedziała.
- Obiecuję, że wszystko naprawię. - szeptała sama do siebie.
Strach zasnuł jej świadomość, a myśli stanęły w ogniu. Lęk przed rzeczami, które widzi w swoich koszmarach, narastał z każdym kolejnym snem. Jej umysł był mroczny, nieosiągalny, nawet dla niej samej. Zalewały ją cienie niepewności, niezdecydowania i niecierpliwości. Zdawała sobie sprawę ze swoich problemów i z tego, że kiedyś w końcu musiały wyjść na jaw, a ona musiała się do nich przyznać. Emily była alkoholiczką i narkomanką. Nienawidziła samą siebie za to, do jakiego stanu się doprowadziła. Pozbawiona sił oraz energii. Czuła się osłabiona, ale pomijając te dolegliwości, było w porządku. Kilka razy przez własną nieuwagę trafiła do szpitala. Raz potrzebna była reanimacja, która na szczęście się udała. W takich chwilach wiedziała, że była żywa. Wciąż. Nadal. Oddychała, mrugała i czuła, że to wciąż życie, wciąż jej świat.
- Może gdybym ci powiedziała, byłoby łatwiej? - jej głos był cichy, oschły, wyprany z emocji.
Dobrze znała swoją sytuację i wiedziała, od czego to wszystko się zaczęło. Dowiedzenie się bolesnej prawdy, było dla niej zbyt trudne. Zatapiała smutki, a także niewiedzę w coraz to większej ilości alkoholu, który z czasem stał się jej nałogiem. Nikomu o tym nie powiedziała. Uznała, że sama sobie ze wszystkim poradzi, choć wykraczało to poza granice jej możliwości.
- Gdybyś tylko tam nie weszła. - paznokcie zaczęły boleśnie wbijać się w jej skórę.
Nikt też nie wiedział o tajnym pokoju, znajdującym się na górnym piętrze w jej domu. Przez długie miesiące trzymała go w ukryciu. Mapy, imiona, adresy. Wszystko to było jej potrzebne do rozwikłania sprawy, która od kilku lat niszczyła jej życie. Potrzebowała tylko trochę więcej czasu, lecz on się nie zastanawiał. Nadal pędził. Uciekał z jej ciała tak, jak nadzieja na rozwiązanie trudnej zagadki.
- Dlaczego zostawiłaś mnie samą? - jęknęła.         
Odczuwała samotność. Jedną wielką pustkę w najmroczniejszych odmętach serca. Była świadoma, że swoim zachowaniem oraz sposobem bycia, doprowadzi kiedyś do tego, że wszyscy się odwrócą. Popadnie wtedy w jeszcze większą agonię, a alkohol będzie dla niej jedynym racjonalnym wyjściem. Doprowadzi ją to do zguby, na którą sama zapracowała.
- Gdybyś tylko tego nie zobaczyła. - warknęła.
Gniew i agresja zawsze przejmowały władzę. Najmniejsza błahostka była w stanie wyprowadzić ją z równowagi. Gdy przekraczała granicę własnej wytrzymałości, nic nie było w stanie jej powstrzymać, bądź uspokoić. Przemieniała ból psychiczny, na fizyczny. Było to dla niej łatwiejsze. Użycie siły, bądź odreagowanie złych emocji, poprzez uderzenie pięścią w ścianę, wydawało jej się najprostszym rozwiązaniem, niż płacz. Zawsze rozśmieszało ją to, jak straszny, a zarazem piękny jest fakt, że nasze oczy rozmazują prawdę, kiedy nie możemy już na nią dłużej patrzeć.
            Rozmyślania zajęłyby jej dłuższy czas, gdyby nie pisk otwieranych drzwi. Była pewna, że to jej współlokatorka, która już jutro wychodzi. Latynoska nie widziała jej jeszcze, ponieważ wcześniej miała rozmowę z psychologiem oraz różne potrzebne badania. Przed nią ukazała się dziewczyna, którą już kiedyś poznała.
- Isabella? - spytała ze zdziwieniem szarooka.
Blondynka z różowymi pasemkami uśmiechnęła się szeroko.
- Skyler Gran. - austriacki akcent był dobrze wyczuwalny. - Nie spodziewałam się tu ciebie.
Wyższa dziewczyna usiadła na swoim łóżku, naprzeciwko Em.
- Tak właściwie, to Emily Extraño. - wyjaśniła, przeczesując dłonią włosy.
- To imię jest jeszcze ładniejsze. - puściła oczko.
Szarooka usadowiła się w wygodniejszej pozycji, ignorując komplement.
- Tylko czemu wtedy skłamałaś?
- Fałszywy dowód. - wyjaśniła Latynoska. - Nie jestem jeszcze pełnoletnia.
- Ile masz lat? - dopytywała Austriaczka.
Em zdjęła okulary, by przeczyścić szkiełka.
- Osiemnaście, ale to dopiero za kilka miesięcy. - odparła. - A ty?
- Dwadzieścia jeden. - uśmiechnęła się niezauważalnie. - Ciągle nie podziękowałam ci za to, że uratowałaś mnie przed moim byłym w tamtym barze.
- Nie ma sprawy. - odchrząknęła. - Nawet na trzeźwo bym to zrobiła.
Isabella sięgnęła po butelkę z wodą i upiła łyka, a następnie rzuciła ją do Emily. Szarooka także się napiła i odłożyła ją na małą półkę.
- Tak właściwie... - zaczęła blondynka. - To dlaczego tu jesteś?
Dziewczyna z różowymi pasemkami zastanowiła się chwilę.
- Po tamtej akcji bałam się, że on znów się pojawi. Wpadłam na stare towarzystwo i trochę imprezowałam. Niestety po raz kolejny przesadziłam z prochami i wylądowałam w szpitalu. - wyjaśniła. - Uznałam, że dla własnego dobra pójdę na odwyk.
- Ja zostałam przymuszona. - Em parsknęła śmiechem.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
- Muszę do łazienki. - Emily powiedziała sama do siebie.
Ociężale wstała z łóżka i zachwiała się lekko, a następnie ruszyła w stronę drzwi, pozostawiając starszą w pokoju.
            Latynoska opierała się o ścianę wyłożoną kafelkami. Nie była pewna, dlaczego, ale na wspomnienie o Ann, musiała pobyć chwilę sama. Na jej szczęście w pomieszczeniu nie było nikogo, prócz niej. Przeczesała włosy palcami i głęboko zaciągnęła się powietrzem. Po chwili podeszła do umywalek. Trzęsącą dłonią odkręciła kurek, po czym zamoczyła je i potarła nimi twarz. Opuściwszy ręce, spojrzała w lustro i ujrzała różowe policzki, które powstały przez dotyk lodowatej wody. Nienawidziła tego. Patrzeć na swoje odbicie. Zawsze, gdy to robiła, zaczynała czuć wstręt i obrzydzenie do samej siebie. Kiedy patrzyła w lustro i napotkała własny wzrok, wiedziała, jak bezwartościowo się czuje. Martwe, puste oczy, w których pozostała jedynie szarość, odzwierciedlająca pustkę. Ponoć są one zwierciadłem duszy. Jeśli to prawda, dusza Emily była mroczna, niedostępna. Niegdyś wesołe iskierki goszczące w jej tęczówkach, teraz uciekały w popłochu.
- Jesteś słaba. - szepnęła sama do siebie.
Mimo jej zachowania, które wskazywało na to, iż uważa się za osobę silną, właśnie tak o sobie myślała. Miała się za tchórza, który szukał ucieczki i schronienia przed własnymi problemami. W akcie agresji wolała zrobić sobie krzywdę na tle fizycznym, niż cierpieć psychicznie. Choć sposób ten był w pewnym sensie okropny, według niej był najracjonalniejszym wyjściem z sytuacji. Najbardziej uprzykrzające było to, iż gardziła samą sobą. Chłód, który nosiła w sercu, powoli zamrażał ją od środka.
- Nienawidzę cię. - warknęła do własnego odbicia.
Jeszcze przez chwilę patrzyła z nienawiścią w obraz przed sobą, po czym wyszła z łazienki, by wrócić do swojego pokoju.
            Po posiłku oraz zażytych lekach, Emily leżała na swoim niewygodnym łóżku. Wdała się w długą konwersację ze współlokatorką, gdy już dawno powinny spać.
- Mogę ci zadać pytanie? - Austriaczka popatrzyła na nią.
- Oczywiście. - odparła bez namysłu.
- Czego najbardziej się boisz? - spytała Iss.
Emily została wybita z równowagi, ponieważ nie spodziewała się takiego pytania.
- Niczego. - szarooka odparła pewnie.
- Jak to? - zdziwiła się. - Każdy musi mieć jakiś lęk.
- Wiesz, niektórzy najbardziej boją się strachu. - wyjaśniła. - Albo przytłaczającej prawdy. - dodała na tyle cicho, by jej nie usłyszała.
Starsza szybko zmieniła temat, widząc, jak Em się denerwuje. Rozmawiały o przeszłości i o ciekawych wydarzeniach z ich życia. Kiedy Weis uznała, że jest zmęczona, Em też postanowiła, że spróbuje zasnąć. Nigdy nie wiedziała, czy gorsza jest bezsenność, czy realistyczne koszmary. Latynoska przykryła się kołdrą oraz odłożyła okulary na małą komodę. Okręciła się przodem do ściany i przymknęła powieki.
            Emily stała na dachu kilkunastometrowego wieżowca. Słońce powoli znikało za horyzontem, przez co pomarańczowe niebo współgrało z krajobrazem. Jasnowłosa uwielbiała oglądać miasto z góry. W takim momencie mogła doglądać wszystkiego i wszystkich, jednocześnie będąc daleko. Nie przepadała za tłocznym centrum. Wolała odosobnione miejsca. W takich łatwiej jej było myśleć.
- Tu jesteś. - usłyszała zmartwiony głos za plecami. - Nie mogłam cię nigdzie znaleźć.
Angela podeszła do przyjaciółki, na skraj dachu.
- Przepraszam. - jęknęła szarooka. - To było zbyt trudne. Musiałam stamtąd uciec.
- Wiem, że to cię przeraża, ale odwyk dobrze ci zrobi. - szepnęła miękko.
Em dobrze wiedziała, że dziewczyna ma rację.
- Nie mogę tam wrócić. - westchnęła. - Chcę z tym skończyć, ale możemy znaleźć inne rozwiązanie.
Ann położyła swoją dłoń, na ramieniu blondynki.
- Jest jeden sposób. Jeśli chcesz, pokażę ci go.
Emily wciągnęła powietrze przez nos i kiwnęła głową. Nagle poczuła gwałtowne pchnięcie i po chwili straciła grunt pod nogami. Latynoska zaczęła spadać z coraz to większą prędkością. Wiatr uderzył w twarz dziewczyny z taką siłą, że na jej policzku pojawiły się łzy. W uszach słyszała tylko świst powietrza.
Gdy leciała, czuła silny, przeszywający ból, który jak sądziła, miał rozsadzić jej ciało na kawałki. Panicznie wymachiwała rękami. Nie była w stanie uwierzyć, że jej najlepsza przyjaciółka, wypchnęła ją z dachu. Gdy Em znajdowała się coraz bliżej ziemi, do jej umysłu dochodziły krzyki i wrzaski, najprawdopodobniej należące do przechodniów. Wszystko trwało zaledwie kilkanaście sekund. Wiedziała, że nic nie może zrobić. Zacisnęła mocno powieki, a wtedy jej ciało zderzyło się z ziemią.
            Emily otworzyła oczy, gwałtownie zaciągając się powietrzem. Ciemność, która zasnuła pokój, była jedynym, co dziewczyna widziała. Jej twarz była wciśnięta w poduszkę. Chciała się przesunąć, lecz było to niemożliwe. Choć jej umysł był sprawny, jakikolwiek ruch, który chciała wykonać, kończył się niepowodzeniem. Czuła się tak, jakby ktoś nafaszerował jej organizm znieczuleniem, przez które nie może się ruszać. Próby odzyskania władzy nad ciałem były męczące. Wiedziała, że niedługo to nieprzyjemne uczucie minie. Paraliż senny był nieodłączną częścią jej codzienności. Od kiedy zaczęły się koszmary, miewała go dość często, lecz za każdym razem był tak samo przerażającym, jak za pierwszym razem. Po niespełna kilku minutach dziewczyna mogła przekręcić się na plecy. Wpatrywała się w sufit i już teraz była pewna, że nie wytrwa na odwyku do końca.