Ann zaznaczała ostatnią odpowiedź na
teście z chemii, choć nie minęło nawet pół lekcji. Odłożyła długopis na ławkę,
po czym spojrzała na swoją towarzyszkę. Emily spała wyłożona na ławce.
Wyglądała tak niewinnie i uroczo, a po bójce sprzed dwóch tygodni, pozostała
jej tylko mała blizna na łuku brwiowym. Jej warga oraz ręce zaczynały drżeć
coraz bardziej. Szatynka wiedziała, że jej przyjaciółce śni się kolejny koszmar,
z którego nie umie się sama obudzić. Dziewczyna nie chciała też, by szarooka
zaczęła krzyczeć w klasie, więc korzystając z okazji, że nauczyciel nie zwraca
na nią uwagi, przybliżyła się do niej i pstryknęła ją w ucho. Jasnowłosa
potrząsnęła głową, po czym obdarzyła ją zimnym spojrzeniem.
- Qué? - przeciągnęła się ociężale.
- Nie Qué, tylko co. - poprawiła ją Ann. - Chyba lepiej, że cię obudziłam, niż jakbyś miała zacząć się wydzierać... co ci się śniło?
Emily wpatrywała się w nią tak przeszywającym wzrokiem, że przeszły ją ciarki.
- Nina kazała mi włożyć sukienkę. - burknęła. - Później okazało się, że idziemy na ślub twój i Matt’a. Jak byliśmy w kościele, wszystko zaczęło wybuchać, tobie przygniotło rękę, a mi nogę. Elegancikowi oczywiście nic się nie stało. On uratował ciebie... a ty mnie zostawiłaś... - powiedziała półgłosem, na jednym wdechu. - Tylko nie wiem co gorsze. Wasz ślub, czy to, że Barbie kazała mi włożyć sukienkę.
Ann słysząc to, mimowolnie złapała przyjaciółkę za rękę, która była zdumiewająco zimna.
- Nie martw się, to tylko sen. - szepnęła kojąco. - I tak wiem, że przyszłabyś w koszuli.
- No, jasne. A jak ksiądz będzie mówił to całe 'jak się ktoś sprzeciwia, niech wystąpi lub zamilknie na wieki', to ja nagle wbiję, porwę cię i zabiorę Matt’a... znaczy się moim helikopterem na Hawaje. - dodała Em.
Szatynka parsknęła śmiechem, po czym podsunęła przyjaciółce sprawdzian pod nos.
- Co to jest? - spytała szarooka, przyglądając się uważnie kartce. - Przecież to mój test... rozwiązałaś go?
Ann posłała jej ciepły uśmiech.
- Nie wierzę. Uczciwa, święta i poczciwa Angela Amare oszukała na teście i rozwiązała go dla swojej najlepszej przyjaciółki? - mówiła z niedowierzaniem.
- Jeśli nie zaliczysz pierwszego semestru, to znając ciebie, nawet nie przystąpisz do poprawy. To oznacza, że będziesz kiblować, a obiecałaś mi, że będziesz razem ze mną w ostatniej klasie. - szepnęła.
- Dobra, ale czemu rozwiązałaś mój test? - jasnowłosa wciąż się jej przypatrywała.
- Bo jak dostaniesz szmatę, to nie zdasz z chemii. Zaznaczyłam tyle odpowiedzi, byś dostała, chociaż trzy. - odparła.
- Trza było na pięć napisać. - szarooka zaśmiała się cicho.
- Nikt by nie uwierzył, że to ty pisałaś. - Ann szturchnęła ją nogą. - Po świętach zaczynam dawać ci korki. Obiecałaś, że zdasz, więc się teraz nie wykręcaj. - dodała szeptem.
Nagle dzwonek rozległ się w całej klasie, a uczniowie zerwali się z miejsc. Dziewczyny podeszły do biurka nauczyciela i położyły na nim testy. Mężczyzna spojrzał na kartki, po czym uśmiechnął się szeroko.
- Panno Amare, nie muszę nawet sprawdzać, a już wiem, że napisałaś na sześć. Jestem dumny, mogąc nauczać tak wybitną uczennicę. - powiedział przyjaźnie, przez co Ann zarumieniła się z zawstydzenia.
Nauczyciel spojrzał jeszcze raz na oddane testy.
- Panno Extraño widzę, że tym razem nie tylko się podpisałaś, ale raczyłaś też zaznaczyć odpowiedzi. Gratuluję. - dodał sarkastycznie.
- Gracias. - blondynka posłała mu szeroki uśmiech.
Angela przed wyjściem ze szkoły poszła do łazienki. Gdy po kilku minutach wyszła z niej, zastała Emily stojącą przed swoją szafką szkolną. Szatynka podeszła bliżej i oparła się o ścianę.
- Zapomniałaś kodu, prawda? - spytała, chichocząc.
Szarooka ze wściekłością w oczach, wpatrywała się w kłódkę.
- Sí. - odparła ze złością, w swoim ojczystym języku.
- Teraz będziesz tak stać i się na nią patrzyć?
- Sí. - Em spojrzała na nią z wyrzutem. - A ty, co? Będziesz tak stać i się gapić, czy podasz mi wreszcie mój kod?! - fuknęła.
- Oh skarbie... zapamiętaj w końcu. Osiem, jeden, cztery, dwa. - westchnęła. - To nie takie trudne.
Em otworzyła szafkę, w której następnie schowała książkę. Dziewczyna odwróciła się, mamrocząc pod nosem przeróżne przekleństwa po hiszpańsku, na co Ann zareagowała śmiechem.
Po lekcjach przyjaciółki przechadzały się po przedmieściach Nowego York’u. Szatynka rozglądała się wokoło. Śnieg lekko prószył, opadając na ramiona, a mróz drażnił ją w policzki.
- Zimno mi! - jęknęła Em. - Chodźmy na kawę, chodźmy na kawę, chodźmy na kawę!
Angela zaśmiała się głośno, zwracając na siebie uwagę innych przechodniów.
- Dobra. - zgodziła się. - Ale ty płacisz.
- Ooo, też nagle poczułaś ocieplenie? - szarooka starała się zmienić temat. - Jakoś mi się tak gorąco zrobiło. Po co ja o tej rozgrzewającej kawie myślałam.
- Tak, lepiej chodźmy na lody. - rzuciła szatynka z sarkastycznym uśmiechem.
Dziewczyny idąc przez uliczki, omijając różne sklepy, rozglądały się za kawiarnią. Po chwili zauważyły Starbucks’a, po czym weszły do środka i poczuły nagły przypływ ciepła.
- Cholera! - warknęła Emily. - Okulary mi zaparowały.
- Nie jest ci tu za gorąco, skarbeńku? - Ann spytała ironicznie.
Blondynka obrzuciła ją lodowatym spojrzeniem.
- Przeżyje. - odparła oschle.
Angela podeszła do lady i uśmiechnęła się do sprzedawcy.
- Poproszę dwie waniliowe latte i truskawkowy sernik. - złożyła zamówienie.
Po dłuższej chwili siedziała wraz z przyjaciółką przy stoliku obok okna, ponieważ Emily uwielbiała patrzeć na padający śnieg.
- Ta dla ciebie. - Ann podała jej kawę i kawałek ciasta. - Rozliczymy się później. - puściła oczko.
- Wierzysz w to? - rzuciła jasnowłosa.
Dziewczyna pokręciła głową z dezaprobatą.
- Dobra, to teraz na poważne. Jak tam sprawy z Drake’iem?
Szarooka zachłysnęła się gorącą kawą.
- Jakie sprawy? - spytała.
- No wiesz, umówiliście się na randkę, jakiś miesiąc temu. Tylko że trochę w szpitalu posiedziałaś... no więc, jak jest między wami? - szatynka starała się zachęcić przyjaciółkę do rozmowy.
- No, ten tego... no, wiesz... tak, no... ym... normalnie? - próbowała odbiec od tematu.
- Lubisz go? - Włoszka poruszyła sugestywnie brwiami.
- Jest moim najlepszym przyjacielem, który zaprosił mnie na randkę w weekend. - Emily powiedziała spokojnie, po czym napiła się kawy.
- No właśnie. - dziewczyna nałożyła sernik na widelec. - Czekaj, co? W ten weekend? Kiedy to się stało.
- Jakoś tak wczoraj. - odparła beznamiętnie. - Przyszedł do mnie wieczorem i spytał się, czy pójdę z nim na drugą-pierwszą randkę... więc się zgodziłam.
- To musi być miłość. - Ann posłała jej ciepły uśmiech.
- Jaka miłość? - oburzyła się Em. - My tylko idziemy do kina.
- Wiem, że pojęcia takie jak ‘miłość, uczucia i wrażliwość’ nie są ci znane. - zrobiła z palców cudzysłów.
- Więc mi je z łaski swojej wytłumacz. - szarooka warknęła cicho.
- Pamiętasz, jak zemdlałaś na cmentarzu, a ja jechałam z tobą w karetce i trzymałam cię za rękę? - spytała z nadzieją w głosie.
- Mam lekkie przebłyski. - odparła, po chwili zastanowienia.
- To właśnie jest miłość. - powiedziała stanowczo brunetka.
Jasnowłosa wpatrywała się w nią swoimi stalowymi tęczówkami. Z jej twarzy nie dało się wyczytać żadnych emocji, jednak Ann wiedziała, iż przyjaciółka zastanawia się nad jej słowami.
- Odwiedzałaś mnie praktycznie codziennie... - zaczęła. - To oznacza... że mnie ubóstwiasz! - pisnęła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Możesz tak sobie wmawiać. - drażniła się z nią.
- Ja tam wiem swoje. - odpowiedziała Em i machnęła ręką tak, że serwetka spadła na podłogę.
- Podnieś. - nakazała Ann.
- Nie, bo spadło.
Szatynka wpatrywała się w nią przez chwilę.
- Od dawna staram się zrozumieć twój tok myślenia. - schyliła się po serwetkę.
- Nie uda ci się. - rzuciła szarooka i wypiła łyk kawy. - Moje myśli są po hiszpańsku.
- Okej... po pierwsze but ci się rozwiązał, a po drugie co to za pomysł, by w zimę nosić trampki? - spytała.
Blondynka spojrzała na swoje ubranie, po czym zwróciła się do przyjaciółki.
- Pasują do koszuli. Dziś na czerwono. - uśmiechnęła się szeroko, a następnie schyliła się lekko i jęknęła cicho.
- Co jest? - zdziwiła się Ann.
- Nic, po prostu w nocy znów mi się śniły koszmary i spadłam z łóżka kilka razy. - powiedziała spokojnie. - Teraz bolą mnie plecy.
Dziewczyna o oczach ciemnych, jak węgiel, spojrzała na przyjaciółkę z troską. Wstała z krzesła i klęknęła, by zawiązać jej buta.
- To takie romantyczne. - parsknęła Emily. - A gdzie pierścionek?
- Oh, zamknij się. - westchnęła.
- Nie wstydź się swoich uczuć. - zaśmiała się blondynka. - A właśnie, nie miałaś przypadkiem dziś do kogoś dzwonić?
- A tak, rozmawiałam ze wszystkimi, czy na pewno przyjadą na święta, ale Nina nie odbierała. - rzuciła, siadając na krzesło.
Szarooka patrzyła na nią przez chwilę. Wyjęła swoją komórkę z kieszeni i podała jej.
- Dzwoń. - nakazała.
- No dobra. - jęknęła.
Szatynka spojrzała na nią z politowaniem, po czym wybrała numer Barbie.
- Ale ty wiesz, że ona ma sześć godzin do przodu i u niej jest jakoś wpół do jedenastej w nocy, co nie? - szepnęła Emily. - Ja idę do łazienki, a wy pogadajcie. - wstała, a po chwili zniknęła za ścianą.
Po trzecim sygnale połączenie zostało odebrane.
- Cześć Emi. - usłyszała przesłodzony głos w słuchawce.
- Nina, tu Ann. Nie przeszkadzam? - spytała.
- Nie, nie Annie. Dopiero co zrobiłam sobie manicure. - odparła beztrosko. - Poczekaj skarbie, dam cię na głośny.
Angela parsknęła śmiechem, choć spodziewała się tego po przyjaciółce.
- Słuchaj, chciałam spytać, czy na pewno przyjedziesz na święta. W sumie to przed świętami.
- Co?! Dziś jest trzeci grudnia! Przecież święta są za dwadzieścia jeden dni! Co ty sobie wyobrażasz, tak późno do mnie dzwonić?! - oburzyła się.
- Wydzwaniam do ciebie od tygodnia, a ty nie odbierasz. - Ann uspokajała ją łagodnym głosem.
- Ach, telefon wymieniałam. Tamten miał już dwa miesiące, więc był zbyt stary, żebym przykładała go do swojego majestatycznego ucha. Uwierzysz, że najnowszego modelu nie było u mnie w mieście? Musiałam go sprowadzać od producenta. Przysłali go dopiero po pięciu dniach. Pięciu! I nie dodali różowej obudowy z jednorożcem w zestawie. Toż to niewybaczalne! Musiałam zlecić mojej służbie...
Angela westchnęła głośno, pocierając dłonią czoło.
- Nina! - uniosła się szatynka. - Święta są za trzy tygodnie. Wszyscy przylatują dwudziestego pierwszego grudnia. Ty też będziesz?
- No, nie wiem. Będę musiała przesunąć kilka pokazów mody, bo przecież beze mnie nie mogą się odbyć! Muszę być na każdym! - pisnęła rozanielona. - Poza tym, jak ja się mam ubrać na ten przyjazd? W nowiutkich jeansowych spodniach i błyszczącym swetrze od Saint Laurent Paris, czy może jakoś elegancko, ale niezbyt poważnie. Seksowanie, ale nie prowokująco? - wymieniała po kolei. - A może powinnam się przebrać za Panią Mikołajową? Tylko załatwcie mi jakiegoś przystojniaka na Pana Mikołaja.
Ann rozejrzała się po kawiarni, szukając wzrokiem przyjaciółki.
- Matt będzie Mikołajem. - powiedziała półgłosem. - Chcę polepszyć jego relacje z Emily. Ubierz się... świątecznie.
- Och! Jakie piękne! To będzie idealne! - pisnęła z zachwytu. - Pierre, masz mi to załatwić na jutro! Co z tego, że jutro są sklepy pozamykane, nie obchodzi mnie to! Chcę widzieć ten strój jutro na wieszaku w mojej szafie! - Francuska krzyknęła, najprawdopodobniej do swojego lokaja. - Co mówiłaś moja droga? Właśnie wypatrzyłam najnowsze cudo spod ręki Louis’a Vuitton’a w iście świątecznym wariancie. Teraz muszę tylko dobrać dodatki. Wiesz, biżu, torebcia, butki... to się nie skompletuje samo. - narzekała. - Już mam wizje mojego zachwycającego oko stroju. Teraz już tylko muszę poumawiać się na dane terminy do SPA. Taka przepiękna i czarująca osoba jak ja musi o siebie dbać.
Ann ze śmiechu zakrztusiła się ciastem, po czym szybko sięgnęła po swoją kawę i napiła się.
- Za osiemnaście dni masz być w Nowym Yorku. Uważasz, że nie starczy ci czasu? - wycharczała.
- Wiesz... manicure, pedicure, kąpiel błotna, maseczki z alg, solarka, masaże, depilacja woskiem... - znów zaczęła wyliczać. - To nie trwa dziesięć minut. Jeszcze muszę pójść do fryzjera!
- Przecież fryzjer nie zajmuje kilku dni?! - wtrąciła Ann.
- Kochaniutka. Czy ty myślisz, że na fryzjerze się kończą przygotowania? A makijaż? Stylista musi dobrać dobre odcienie różu, puder, szminkę... poza tym muszę mieć pewną chwilę na podziwianie w lustrze, takiego bóstwa, jakim jestem.
Na chwilę zapadła cisza, ponieważ dziewczyna nie wiedziała, jak ma skomentować, to, co przed chwilą powiedziała jej przyjaciółka o niskim IQ.
- Yh... dobra, nieważne. Czyli przylecisz na czas? A właśnie wszyscy będziecie spać w domu Emily i masz pokój z Oly. - powiedziała zachęcająco.
- To cudownie! - Barbie pisnęła z radości. - A ona o tym wie? Kontaktowałaś się z nią?
- Tia... można powiedzieć, że aż tak jej to nie przeszkadza, ale jak chcesz, to do niej zadzwoń. - mówiła powoli.
- Nie muszę, jest u mnie. Poczekaj chwilę... Oly! Czemu mi nie powiedziałaś wcześniej, że Ann do ciebie zadzwoniła i zaprosiła na święta?! - przez chwilę, szatynka słyszała ciche szmery w słuchawce. - Co?! Jak to, ‘bo nie pytałam’?! Nie używaj wobec mnie słów, których nie rozumiem! Co? Uważasz, że jestem głupia, tak?! Przynajmniej nie mam rozdwojonych końcówek tak, jak ty! - Nina krzyknęła głośno. - Dobra, jestem. Jeszcze będzie mnie prosić, bym pożyczyła jej mojej odżywki do włosów! Niemile ją zaskoczę!
- Czekaj, czekaj. Olympia jest u ciebie... we Francji? - zdziwiła się Ann. - Myślałam, że jest we Włoszech w Neapolu.
- Przyleciała do mnie wczoraj. Podobno jej tata miał jakąś sprawę do mojej mamy, a że nie chciał, by Oly znowu coś narozrabiała, to wziął ją ze sobą. Właśnie, to spotkanie się przedłuża. Wyszli do restauracji już jakieś trzy godziny temu! To prawie tyle, ile spędzam rano przed lustrem! A nadal nie wracają! Czuję, że coś się święci... - urwała na moment. - Co?! Co to znaczy, że mam nie wymyślać jakichś niestworzonych rzeczy, bo mi się mózg przegrzeje?! Już ja ci zaraz dam pustą blond laleczkę!
Angela słysząc to, zaśmiała się pod nosem. W tym momencie żałowała, że nie jest razem z przyjaciółkami i nie przygląda się tej zabawnej scenie. Nagle zauważyła Emily, która szła w jej stronę.
- Słyszę, że dobrze się tam razem bawicie, więc ja już mykam, bo Em wróciła z łazienki. - rzuciła pospiesznie Ann.
- Ja też już kończę. Muszę wyprawić Oly do łóżka, bo jutro idziemy na shopping. - powiedziała z wyczuwalną ekscytacją w głosie. - A jak jest wyspana, to mniej marudzi.
- Jakoś nie mogę uwierzyć, że z własnej woli idzie z tobą na zakupy. Przegrała jakiś zakład, czy co?
- Dostała karę. Znów wdała się w jakąś tam bójkę i tata zabrał jej komórkę. Musi jakoś odpokutować i przekonała go, że jeden dzień spędzony ze mną na zakupach jest wystarczający, by oddał jej skonfiskowaną rzecz.
Szatynka uniosła głowę i ujrzała, że szarooka miała znużenie wymalowane na twarzy.
- Tak myślałam. Dobra ja lecę, bo Emily się denerwuje. - puściła oczko do blondynki.
- Pozdrów ją ode mnie. Bonne nuit!
Dziewczyna rozłączyła się i westchnęła cicho.
- To była długa i męcząca rozmowa. - powiedziała, podając przyjaciółce komórkę.
Jasnowłosa parsknęła śmiechem.
- Zanim wrócimy, chodźmy jeszcze do Central Parku. - poprosiła Em.
- Po co? - zdziwiła się.
- Chcę popatrzeć na śnieg. - uśmiechnęła się promieniście.
Po kilkunastu minutach znalazły się w parku. Ann spokojnie przechadzała się ścieżką, w czasie, gdy Em biegała dookoła. Szatynka zaśmiała się cicho, widząc szczęście wymalowane na twarzy przyjaciółki. Jej myśli odbiegły gdzieś daleko. Nagle upadła na świeży puch.
- Emily! - pisnęła, przekręcając się na plecy.
Szarooka kucnęła obok niej i oparła się na rękach tak, że była kilka centymetrów nad jej twarzą.
- Tak? - spytała niewinnie.
- Jestem mokra. - jęknęła Ann.
- Nie wiedziałam, że aż tak cię podniecam. - cmoknęła przyjaciółkę w policzek, po czym wstała wraz z nią.
- Kocham cię, ale czasem cię nienawidzę. - burknęła, otrzepując kurtkę ze śniegu.
Emily już miała odpowiedzieć, lecz ktoś jej w tym przeszkodził.
- Ann? - spytał niemrawo blondyn, podchodząc do dziewczyn.
- Matt. - odpowiedziała twardo Angela.
- Chciałem z tobą porozmawiać. - powiedział łagodnie.
- Nie mamy o czym rozmawiać. - rzuciła i posłała przyjaciółce błagalne spojrzenie, by ta wyratowała ją z tej sytuacji.
- Słyszałeś? - warknęła Em, łapiąc dziewczynę za rękę. - Chodź, spadamy.
Zaczęły się kierować w stronę metra, gdy nagle chłopak podbiegł i złapał ją za ramię.
- Proszę, zostań. Musimy porozmawiać. - na jego czole pojawiło się kilka zmarszczek.
Przez chwilę zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić.
- Okej, masz chwilę. - jej wzrok powędrował ku przyjaciółce. - Emily idź ulepić bałwana.
- A co ja, dziecko? - parsknęła blondynka.
- Tam jest Mikołaj. - Ann szepnęła jej do ucha, wskazując odległe miejsce w parku.
- Gdzie?! - krzyknęła szarooka i po chwili zniknęła między drzewami.
Szatynka spojrzała na blondyna z wyrzutem.
- Więc? - spytała beznamiętnie.
- Kochanie, wiem, nie potrzebnie się uniosłem, ale przecież obiecałaś mi, że nie będziesz pić. - powiedział, łapiąc dziewczynę za ręce.
- W czym ci to przeszkadza?
- Wiem, ile osób się przez to stoczyło. - spojrzał jej w oczy.
- Ale ja tak nisko nie upadnę. - rzuciła. - Nie martw się o mnie.
Blondyn wpatrywał się w nią przez chwilę.
- Nie upadniesz, bo do tego nie dopuszczę. - zapewnił ją.
- Uważasz mnie za alkoholiczkę? - uniosła jedną brew.
- Znasz to powiedzenie „z kim przystajesz, takim się stajesz”. - wyrecytował. - A o ile mi wiadomo, Emily nadużywa alkoholu.
- Aha, super. Chcesz się ze mną pogodzić, a najeżdżasz na moją najlepszą przyjaciółkę.
Chłopak zaczął żałować swoich słów.
- Przepraszam, nie chciałem tego powiedzieć, ale dobrze wiesz, jaka ona jest. - w jego oku pojawiła się łza.
- A jednak nie potrafisz trzymać języka za zębami. - odwróciła się przez ramie i zaczęła wzrokiem szukać przyjaciółki.
Matt podszedł bliżej i objął ją od tyłu.
- Ti amo. - szepnął jej do ucha. - Wybacz mi.
Czując ciepło jego ciała, nie była w stanie dłużej się opierać. Odwróciła się i pocałowała chłopaka w usta.
- Też cię kocham, ale nie staraj się kontrolować mojego życia. - przytuliła się do niego.
- Mam pomysł, może pójdziemy do mnie, a Carlos przygotuje jakąś kolacje? - zaproponował.
- Kusząca propozycja, ale najpierw muszę odnaleźć Emily. - parsknęła śmiechem. - Wiesz, jaka ona jest. Ostatnio zgubiła się nawet w księgarni. Mówiła, że książki chciały ją pożreć i pluły w nią papierem. Później wystawili jej duży rachunek za zniszczenia. A kto musiał to płacić? - spytała retorycznie. - Oczywiście ja!
Blondyn zaśmiał się głośno.
- No dobrze, poszukajmy ją. - powiedział, łapiąc dziewczynę za rękę.
Po dwóch godzinach żmudnych poszukiwań Matt widząc, jak bardzo wyziębiona jest Ann, zabrał ją do swojego apartamentu, mówiąc, że jego salon jest doskonałym punktem obserwacyjnym. Wchodząc do budynku, zatrzymali się przy drzwiach, by przeczytać kartkę przyklejoną do nich.
- Hmm... ciekawe. Awaria z powodu zalania instalacji. - rzekł chłopak. - No, trudno. Musisz pojechać windą prowadzącą na korytarz, a nie do mojego salonu. Masz klucze?
- Mam. - odparła.
- Pojedź pierwsza, ja jeszcze sprawdzę pocztę. - powiedział uprzejmie.
Dziewczyna kiwnęła głową i weszła do widny. Wcisnęła dwudzieste piąte piętro. Po chwili znajdowała się na miejscu. Wyszła na korytarz i zaczęła szukać drzwi o numerze siedemdziesiąt trzy. Gdy do nich dotarła, zauważyła, że wypływa spod nich woda. Szybko sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła klucze. Wchodząc do apartamentu od strony kuchni, zrobiła wielkie oczy. Cała podłoga była zalana. Przeszła przez pomieszczenie i weszła do salonu. Jęknęła głośno, gdy zrozumiała co się dzieje. Na samym środku mieszkania stała Em. Wszędzie dookoła leżał topniejący już śnieg.
- Emily! - krzyknęła z przerażeniem i zdziwieniem Ann. - Co to ma znaczyć?!
Blond włosa odwróciła się w jej stronę, po czym posłała jej szeroki uśmiech.
- Powiedziałaś, że mam ulepić bałwana. - powiedziała słodkim, niewinnym głosikiem. - Nie mówiłaś gdzie.
- Qué? - przeciągnęła się ociężale.
- Nie Qué, tylko co. - poprawiła ją Ann. - Chyba lepiej, że cię obudziłam, niż jakbyś miała zacząć się wydzierać... co ci się śniło?
Emily wpatrywała się w nią tak przeszywającym wzrokiem, że przeszły ją ciarki.
- Nina kazała mi włożyć sukienkę. - burknęła. - Później okazało się, że idziemy na ślub twój i Matt’a. Jak byliśmy w kościele, wszystko zaczęło wybuchać, tobie przygniotło rękę, a mi nogę. Elegancikowi oczywiście nic się nie stało. On uratował ciebie... a ty mnie zostawiłaś... - powiedziała półgłosem, na jednym wdechu. - Tylko nie wiem co gorsze. Wasz ślub, czy to, że Barbie kazała mi włożyć sukienkę.
Ann słysząc to, mimowolnie złapała przyjaciółkę za rękę, która była zdumiewająco zimna.
- Nie martw się, to tylko sen. - szepnęła kojąco. - I tak wiem, że przyszłabyś w koszuli.
- No, jasne. A jak ksiądz będzie mówił to całe 'jak się ktoś sprzeciwia, niech wystąpi lub zamilknie na wieki', to ja nagle wbiję, porwę cię i zabiorę Matt’a... znaczy się moim helikopterem na Hawaje. - dodała Em.
Szatynka parsknęła śmiechem, po czym podsunęła przyjaciółce sprawdzian pod nos.
- Co to jest? - spytała szarooka, przyglądając się uważnie kartce. - Przecież to mój test... rozwiązałaś go?
Ann posłała jej ciepły uśmiech.
- Nie wierzę. Uczciwa, święta i poczciwa Angela Amare oszukała na teście i rozwiązała go dla swojej najlepszej przyjaciółki? - mówiła z niedowierzaniem.
- Jeśli nie zaliczysz pierwszego semestru, to znając ciebie, nawet nie przystąpisz do poprawy. To oznacza, że będziesz kiblować, a obiecałaś mi, że będziesz razem ze mną w ostatniej klasie. - szepnęła.
- Dobra, ale czemu rozwiązałaś mój test? - jasnowłosa wciąż się jej przypatrywała.
- Bo jak dostaniesz szmatę, to nie zdasz z chemii. Zaznaczyłam tyle odpowiedzi, byś dostała, chociaż trzy. - odparła.
- Trza było na pięć napisać. - szarooka zaśmiała się cicho.
- Nikt by nie uwierzył, że to ty pisałaś. - Ann szturchnęła ją nogą. - Po świętach zaczynam dawać ci korki. Obiecałaś, że zdasz, więc się teraz nie wykręcaj. - dodała szeptem.
Nagle dzwonek rozległ się w całej klasie, a uczniowie zerwali się z miejsc. Dziewczyny podeszły do biurka nauczyciela i położyły na nim testy. Mężczyzna spojrzał na kartki, po czym uśmiechnął się szeroko.
- Panno Amare, nie muszę nawet sprawdzać, a już wiem, że napisałaś na sześć. Jestem dumny, mogąc nauczać tak wybitną uczennicę. - powiedział przyjaźnie, przez co Ann zarumieniła się z zawstydzenia.
Nauczyciel spojrzał jeszcze raz na oddane testy.
- Panno Extraño widzę, że tym razem nie tylko się podpisałaś, ale raczyłaś też zaznaczyć odpowiedzi. Gratuluję. - dodał sarkastycznie.
- Gracias. - blondynka posłała mu szeroki uśmiech.
Angela przed wyjściem ze szkoły poszła do łazienki. Gdy po kilku minutach wyszła z niej, zastała Emily stojącą przed swoją szafką szkolną. Szatynka podeszła bliżej i oparła się o ścianę.
- Zapomniałaś kodu, prawda? - spytała, chichocząc.
Szarooka ze wściekłością w oczach, wpatrywała się w kłódkę.
- Sí. - odparła ze złością, w swoim ojczystym języku.
- Teraz będziesz tak stać i się na nią patrzyć?
- Sí. - Em spojrzała na nią z wyrzutem. - A ty, co? Będziesz tak stać i się gapić, czy podasz mi wreszcie mój kod?! - fuknęła.
- Oh skarbie... zapamiętaj w końcu. Osiem, jeden, cztery, dwa. - westchnęła. - To nie takie trudne.
Em otworzyła szafkę, w której następnie schowała książkę. Dziewczyna odwróciła się, mamrocząc pod nosem przeróżne przekleństwa po hiszpańsku, na co Ann zareagowała śmiechem.
Po lekcjach przyjaciółki przechadzały się po przedmieściach Nowego York’u. Szatynka rozglądała się wokoło. Śnieg lekko prószył, opadając na ramiona, a mróz drażnił ją w policzki.
- Zimno mi! - jęknęła Em. - Chodźmy na kawę, chodźmy na kawę, chodźmy na kawę!
Angela zaśmiała się głośno, zwracając na siebie uwagę innych przechodniów.
- Dobra. - zgodziła się. - Ale ty płacisz.
- Ooo, też nagle poczułaś ocieplenie? - szarooka starała się zmienić temat. - Jakoś mi się tak gorąco zrobiło. Po co ja o tej rozgrzewającej kawie myślałam.
- Tak, lepiej chodźmy na lody. - rzuciła szatynka z sarkastycznym uśmiechem.
Dziewczyny idąc przez uliczki, omijając różne sklepy, rozglądały się za kawiarnią. Po chwili zauważyły Starbucks’a, po czym weszły do środka i poczuły nagły przypływ ciepła.
- Cholera! - warknęła Emily. - Okulary mi zaparowały.
- Nie jest ci tu za gorąco, skarbeńku? - Ann spytała ironicznie.
Blondynka obrzuciła ją lodowatym spojrzeniem.
- Przeżyje. - odparła oschle.
Angela podeszła do lady i uśmiechnęła się do sprzedawcy.
- Poproszę dwie waniliowe latte i truskawkowy sernik. - złożyła zamówienie.
Po dłuższej chwili siedziała wraz z przyjaciółką przy stoliku obok okna, ponieważ Emily uwielbiała patrzeć na padający śnieg.
- Ta dla ciebie. - Ann podała jej kawę i kawałek ciasta. - Rozliczymy się później. - puściła oczko.
- Wierzysz w to? - rzuciła jasnowłosa.
Dziewczyna pokręciła głową z dezaprobatą.
- Dobra, to teraz na poważne. Jak tam sprawy z Drake’iem?
Szarooka zachłysnęła się gorącą kawą.
- Jakie sprawy? - spytała.
- No wiesz, umówiliście się na randkę, jakiś miesiąc temu. Tylko że trochę w szpitalu posiedziałaś... no więc, jak jest między wami? - szatynka starała się zachęcić przyjaciółkę do rozmowy.
- No, ten tego... no, wiesz... tak, no... ym... normalnie? - próbowała odbiec od tematu.
- Lubisz go? - Włoszka poruszyła sugestywnie brwiami.
- Jest moim najlepszym przyjacielem, który zaprosił mnie na randkę w weekend. - Emily powiedziała spokojnie, po czym napiła się kawy.
- No właśnie. - dziewczyna nałożyła sernik na widelec. - Czekaj, co? W ten weekend? Kiedy to się stało.
- Jakoś tak wczoraj. - odparła beznamiętnie. - Przyszedł do mnie wieczorem i spytał się, czy pójdę z nim na drugą-pierwszą randkę... więc się zgodziłam.
- To musi być miłość. - Ann posłała jej ciepły uśmiech.
- Jaka miłość? - oburzyła się Em. - My tylko idziemy do kina.
- Wiem, że pojęcia takie jak ‘miłość, uczucia i wrażliwość’ nie są ci znane. - zrobiła z palców cudzysłów.
- Więc mi je z łaski swojej wytłumacz. - szarooka warknęła cicho.
- Pamiętasz, jak zemdlałaś na cmentarzu, a ja jechałam z tobą w karetce i trzymałam cię za rękę? - spytała z nadzieją w głosie.
- Mam lekkie przebłyski. - odparła, po chwili zastanowienia.
- To właśnie jest miłość. - powiedziała stanowczo brunetka.
Jasnowłosa wpatrywała się w nią swoimi stalowymi tęczówkami. Z jej twarzy nie dało się wyczytać żadnych emocji, jednak Ann wiedziała, iż przyjaciółka zastanawia się nad jej słowami.
- Odwiedzałaś mnie praktycznie codziennie... - zaczęła. - To oznacza... że mnie ubóstwiasz! - pisnęła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Możesz tak sobie wmawiać. - drażniła się z nią.
- Ja tam wiem swoje. - odpowiedziała Em i machnęła ręką tak, że serwetka spadła na podłogę.
- Podnieś. - nakazała Ann.
- Nie, bo spadło.
Szatynka wpatrywała się w nią przez chwilę.
- Od dawna staram się zrozumieć twój tok myślenia. - schyliła się po serwetkę.
- Nie uda ci się. - rzuciła szarooka i wypiła łyk kawy. - Moje myśli są po hiszpańsku.
- Okej... po pierwsze but ci się rozwiązał, a po drugie co to za pomysł, by w zimę nosić trampki? - spytała.
Blondynka spojrzała na swoje ubranie, po czym zwróciła się do przyjaciółki.
- Pasują do koszuli. Dziś na czerwono. - uśmiechnęła się szeroko, a następnie schyliła się lekko i jęknęła cicho.
- Co jest? - zdziwiła się Ann.
- Nic, po prostu w nocy znów mi się śniły koszmary i spadłam z łóżka kilka razy. - powiedziała spokojnie. - Teraz bolą mnie plecy.
Dziewczyna o oczach ciemnych, jak węgiel, spojrzała na przyjaciółkę z troską. Wstała z krzesła i klęknęła, by zawiązać jej buta.
- To takie romantyczne. - parsknęła Emily. - A gdzie pierścionek?
- Oh, zamknij się. - westchnęła.
- Nie wstydź się swoich uczuć. - zaśmiała się blondynka. - A właśnie, nie miałaś przypadkiem dziś do kogoś dzwonić?
- A tak, rozmawiałam ze wszystkimi, czy na pewno przyjadą na święta, ale Nina nie odbierała. - rzuciła, siadając na krzesło.
Szarooka patrzyła na nią przez chwilę. Wyjęła swoją komórkę z kieszeni i podała jej.
- Dzwoń. - nakazała.
- No dobra. - jęknęła.
Szatynka spojrzała na nią z politowaniem, po czym wybrała numer Barbie.
- Ale ty wiesz, że ona ma sześć godzin do przodu i u niej jest jakoś wpół do jedenastej w nocy, co nie? - szepnęła Emily. - Ja idę do łazienki, a wy pogadajcie. - wstała, a po chwili zniknęła za ścianą.
Po trzecim sygnale połączenie zostało odebrane.
- Cześć Emi. - usłyszała przesłodzony głos w słuchawce.
- Nina, tu Ann. Nie przeszkadzam? - spytała.
- Nie, nie Annie. Dopiero co zrobiłam sobie manicure. - odparła beztrosko. - Poczekaj skarbie, dam cię na głośny.
Angela parsknęła śmiechem, choć spodziewała się tego po przyjaciółce.
- Słuchaj, chciałam spytać, czy na pewno przyjedziesz na święta. W sumie to przed świętami.
- Co?! Dziś jest trzeci grudnia! Przecież święta są za dwadzieścia jeden dni! Co ty sobie wyobrażasz, tak późno do mnie dzwonić?! - oburzyła się.
- Wydzwaniam do ciebie od tygodnia, a ty nie odbierasz. - Ann uspokajała ją łagodnym głosem.
- Ach, telefon wymieniałam. Tamten miał już dwa miesiące, więc był zbyt stary, żebym przykładała go do swojego majestatycznego ucha. Uwierzysz, że najnowszego modelu nie było u mnie w mieście? Musiałam go sprowadzać od producenta. Przysłali go dopiero po pięciu dniach. Pięciu! I nie dodali różowej obudowy z jednorożcem w zestawie. Toż to niewybaczalne! Musiałam zlecić mojej służbie...
Angela westchnęła głośno, pocierając dłonią czoło.
- Nina! - uniosła się szatynka. - Święta są za trzy tygodnie. Wszyscy przylatują dwudziestego pierwszego grudnia. Ty też będziesz?
- No, nie wiem. Będę musiała przesunąć kilka pokazów mody, bo przecież beze mnie nie mogą się odbyć! Muszę być na każdym! - pisnęła rozanielona. - Poza tym, jak ja się mam ubrać na ten przyjazd? W nowiutkich jeansowych spodniach i błyszczącym swetrze od Saint Laurent Paris, czy może jakoś elegancko, ale niezbyt poważnie. Seksowanie, ale nie prowokująco? - wymieniała po kolei. - A może powinnam się przebrać za Panią Mikołajową? Tylko załatwcie mi jakiegoś przystojniaka na Pana Mikołaja.
Ann rozejrzała się po kawiarni, szukając wzrokiem przyjaciółki.
- Matt będzie Mikołajem. - powiedziała półgłosem. - Chcę polepszyć jego relacje z Emily. Ubierz się... świątecznie.
- Och! Jakie piękne! To będzie idealne! - pisnęła z zachwytu. - Pierre, masz mi to załatwić na jutro! Co z tego, że jutro są sklepy pozamykane, nie obchodzi mnie to! Chcę widzieć ten strój jutro na wieszaku w mojej szafie! - Francuska krzyknęła, najprawdopodobniej do swojego lokaja. - Co mówiłaś moja droga? Właśnie wypatrzyłam najnowsze cudo spod ręki Louis’a Vuitton’a w iście świątecznym wariancie. Teraz muszę tylko dobrać dodatki. Wiesz, biżu, torebcia, butki... to się nie skompletuje samo. - narzekała. - Już mam wizje mojego zachwycającego oko stroju. Teraz już tylko muszę poumawiać się na dane terminy do SPA. Taka przepiękna i czarująca osoba jak ja musi o siebie dbać.
Ann ze śmiechu zakrztusiła się ciastem, po czym szybko sięgnęła po swoją kawę i napiła się.
- Za osiemnaście dni masz być w Nowym Yorku. Uważasz, że nie starczy ci czasu? - wycharczała.
- Wiesz... manicure, pedicure, kąpiel błotna, maseczki z alg, solarka, masaże, depilacja woskiem... - znów zaczęła wyliczać. - To nie trwa dziesięć minut. Jeszcze muszę pójść do fryzjera!
- Przecież fryzjer nie zajmuje kilku dni?! - wtrąciła Ann.
- Kochaniutka. Czy ty myślisz, że na fryzjerze się kończą przygotowania? A makijaż? Stylista musi dobrać dobre odcienie różu, puder, szminkę... poza tym muszę mieć pewną chwilę na podziwianie w lustrze, takiego bóstwa, jakim jestem.
Na chwilę zapadła cisza, ponieważ dziewczyna nie wiedziała, jak ma skomentować, to, co przed chwilą powiedziała jej przyjaciółka o niskim IQ.
- Yh... dobra, nieważne. Czyli przylecisz na czas? A właśnie wszyscy będziecie spać w domu Emily i masz pokój z Oly. - powiedziała zachęcająco.
- To cudownie! - Barbie pisnęła z radości. - A ona o tym wie? Kontaktowałaś się z nią?
- Tia... można powiedzieć, że aż tak jej to nie przeszkadza, ale jak chcesz, to do niej zadzwoń. - mówiła powoli.
- Nie muszę, jest u mnie. Poczekaj chwilę... Oly! Czemu mi nie powiedziałaś wcześniej, że Ann do ciebie zadzwoniła i zaprosiła na święta?! - przez chwilę, szatynka słyszała ciche szmery w słuchawce. - Co?! Jak to, ‘bo nie pytałam’?! Nie używaj wobec mnie słów, których nie rozumiem! Co? Uważasz, że jestem głupia, tak?! Przynajmniej nie mam rozdwojonych końcówek tak, jak ty! - Nina krzyknęła głośno. - Dobra, jestem. Jeszcze będzie mnie prosić, bym pożyczyła jej mojej odżywki do włosów! Niemile ją zaskoczę!
- Czekaj, czekaj. Olympia jest u ciebie... we Francji? - zdziwiła się Ann. - Myślałam, że jest we Włoszech w Neapolu.
- Przyleciała do mnie wczoraj. Podobno jej tata miał jakąś sprawę do mojej mamy, a że nie chciał, by Oly znowu coś narozrabiała, to wziął ją ze sobą. Właśnie, to spotkanie się przedłuża. Wyszli do restauracji już jakieś trzy godziny temu! To prawie tyle, ile spędzam rano przed lustrem! A nadal nie wracają! Czuję, że coś się święci... - urwała na moment. - Co?! Co to znaczy, że mam nie wymyślać jakichś niestworzonych rzeczy, bo mi się mózg przegrzeje?! Już ja ci zaraz dam pustą blond laleczkę!
Angela słysząc to, zaśmiała się pod nosem. W tym momencie żałowała, że nie jest razem z przyjaciółkami i nie przygląda się tej zabawnej scenie. Nagle zauważyła Emily, która szła w jej stronę.
- Słyszę, że dobrze się tam razem bawicie, więc ja już mykam, bo Em wróciła z łazienki. - rzuciła pospiesznie Ann.
- Ja też już kończę. Muszę wyprawić Oly do łóżka, bo jutro idziemy na shopping. - powiedziała z wyczuwalną ekscytacją w głosie. - A jak jest wyspana, to mniej marudzi.
- Jakoś nie mogę uwierzyć, że z własnej woli idzie z tobą na zakupy. Przegrała jakiś zakład, czy co?
- Dostała karę. Znów wdała się w jakąś tam bójkę i tata zabrał jej komórkę. Musi jakoś odpokutować i przekonała go, że jeden dzień spędzony ze mną na zakupach jest wystarczający, by oddał jej skonfiskowaną rzecz.
Szatynka uniosła głowę i ujrzała, że szarooka miała znużenie wymalowane na twarzy.
- Tak myślałam. Dobra ja lecę, bo Emily się denerwuje. - puściła oczko do blondynki.
- Pozdrów ją ode mnie. Bonne nuit!
Dziewczyna rozłączyła się i westchnęła cicho.
- To była długa i męcząca rozmowa. - powiedziała, podając przyjaciółce komórkę.
Jasnowłosa parsknęła śmiechem.
- Zanim wrócimy, chodźmy jeszcze do Central Parku. - poprosiła Em.
- Po co? - zdziwiła się.
- Chcę popatrzeć na śnieg. - uśmiechnęła się promieniście.
Po kilkunastu minutach znalazły się w parku. Ann spokojnie przechadzała się ścieżką, w czasie, gdy Em biegała dookoła. Szatynka zaśmiała się cicho, widząc szczęście wymalowane na twarzy przyjaciółki. Jej myśli odbiegły gdzieś daleko. Nagle upadła na świeży puch.
- Emily! - pisnęła, przekręcając się na plecy.
Szarooka kucnęła obok niej i oparła się na rękach tak, że była kilka centymetrów nad jej twarzą.
- Tak? - spytała niewinnie.
- Jestem mokra. - jęknęła Ann.
- Nie wiedziałam, że aż tak cię podniecam. - cmoknęła przyjaciółkę w policzek, po czym wstała wraz z nią.
- Kocham cię, ale czasem cię nienawidzę. - burknęła, otrzepując kurtkę ze śniegu.
Emily już miała odpowiedzieć, lecz ktoś jej w tym przeszkodził.
- Ann? - spytał niemrawo blondyn, podchodząc do dziewczyn.
- Matt. - odpowiedziała twardo Angela.
- Chciałem z tobą porozmawiać. - powiedział łagodnie.
- Nie mamy o czym rozmawiać. - rzuciła i posłała przyjaciółce błagalne spojrzenie, by ta wyratowała ją z tej sytuacji.
- Słyszałeś? - warknęła Em, łapiąc dziewczynę za rękę. - Chodź, spadamy.
Zaczęły się kierować w stronę metra, gdy nagle chłopak podbiegł i złapał ją za ramię.
- Proszę, zostań. Musimy porozmawiać. - na jego czole pojawiło się kilka zmarszczek.
Przez chwilę zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić.
- Okej, masz chwilę. - jej wzrok powędrował ku przyjaciółce. - Emily idź ulepić bałwana.
- A co ja, dziecko? - parsknęła blondynka.
- Tam jest Mikołaj. - Ann szepnęła jej do ucha, wskazując odległe miejsce w parku.
- Gdzie?! - krzyknęła szarooka i po chwili zniknęła między drzewami.
Szatynka spojrzała na blondyna z wyrzutem.
- Więc? - spytała beznamiętnie.
- Kochanie, wiem, nie potrzebnie się uniosłem, ale przecież obiecałaś mi, że nie będziesz pić. - powiedział, łapiąc dziewczynę za ręce.
- W czym ci to przeszkadza?
- Wiem, ile osób się przez to stoczyło. - spojrzał jej w oczy.
- Ale ja tak nisko nie upadnę. - rzuciła. - Nie martw się o mnie.
Blondyn wpatrywał się w nią przez chwilę.
- Nie upadniesz, bo do tego nie dopuszczę. - zapewnił ją.
- Uważasz mnie za alkoholiczkę? - uniosła jedną brew.
- Znasz to powiedzenie „z kim przystajesz, takim się stajesz”. - wyrecytował. - A o ile mi wiadomo, Emily nadużywa alkoholu.
- Aha, super. Chcesz się ze mną pogodzić, a najeżdżasz na moją najlepszą przyjaciółkę.
Chłopak zaczął żałować swoich słów.
- Przepraszam, nie chciałem tego powiedzieć, ale dobrze wiesz, jaka ona jest. - w jego oku pojawiła się łza.
- A jednak nie potrafisz trzymać języka za zębami. - odwróciła się przez ramie i zaczęła wzrokiem szukać przyjaciółki.
Matt podszedł bliżej i objął ją od tyłu.
- Ti amo. - szepnął jej do ucha. - Wybacz mi.
Czując ciepło jego ciała, nie była w stanie dłużej się opierać. Odwróciła się i pocałowała chłopaka w usta.
- Też cię kocham, ale nie staraj się kontrolować mojego życia. - przytuliła się do niego.
- Mam pomysł, może pójdziemy do mnie, a Carlos przygotuje jakąś kolacje? - zaproponował.
- Kusząca propozycja, ale najpierw muszę odnaleźć Emily. - parsknęła śmiechem. - Wiesz, jaka ona jest. Ostatnio zgubiła się nawet w księgarni. Mówiła, że książki chciały ją pożreć i pluły w nią papierem. Później wystawili jej duży rachunek za zniszczenia. A kto musiał to płacić? - spytała retorycznie. - Oczywiście ja!
Blondyn zaśmiał się głośno.
- No dobrze, poszukajmy ją. - powiedział, łapiąc dziewczynę za rękę.
Po dwóch godzinach żmudnych poszukiwań Matt widząc, jak bardzo wyziębiona jest Ann, zabrał ją do swojego apartamentu, mówiąc, że jego salon jest doskonałym punktem obserwacyjnym. Wchodząc do budynku, zatrzymali się przy drzwiach, by przeczytać kartkę przyklejoną do nich.
- Hmm... ciekawe. Awaria z powodu zalania instalacji. - rzekł chłopak. - No, trudno. Musisz pojechać windą prowadzącą na korytarz, a nie do mojego salonu. Masz klucze?
- Mam. - odparła.
- Pojedź pierwsza, ja jeszcze sprawdzę pocztę. - powiedział uprzejmie.
Dziewczyna kiwnęła głową i weszła do widny. Wcisnęła dwudzieste piąte piętro. Po chwili znajdowała się na miejscu. Wyszła na korytarz i zaczęła szukać drzwi o numerze siedemdziesiąt trzy. Gdy do nich dotarła, zauważyła, że wypływa spod nich woda. Szybko sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła klucze. Wchodząc do apartamentu od strony kuchni, zrobiła wielkie oczy. Cała podłoga była zalana. Przeszła przez pomieszczenie i weszła do salonu. Jęknęła głośno, gdy zrozumiała co się dzieje. Na samym środku mieszkania stała Em. Wszędzie dookoła leżał topniejący już śnieg.
- Emily! - krzyknęła z przerażeniem i zdziwieniem Ann. - Co to ma znaczyć?!
Blond włosa odwróciła się w jej stronę, po czym posłała jej szeroki uśmiech.
- Powiedziałaś, że mam ulepić bałwana. - powiedziała słodkim, niewinnym głosikiem. - Nie mówiłaś gdzie.